Monika, wracasz do gry

środa, 03 maj 2017

10 lat – tyle miała, gdy zdiagnozowano u niej młodzieńcze idiopatyczne zapalenie stawów. 10 lat walczyła z endometriozą. 10 lat skończy w tym roku jej córka Wiktoria. W skali od 1 do 10 on a też żyje na dziesiątkę. Gdy życie daje w kość, trzeba wstać i pójść dalej – to jej słowa. Gdy ktoś twierdzi, że to niemożliwe, 38-letnia Monika Baczyńska-Socha kręci głową , mówiąc: Ja tak zrobiłam. Ty też możesz.

Monika jest znaną postacią w Zgierzu. – Niektórzy twierdzą, że mi odbiło – mówi z uśmiechem. Skąd takie opinie? Ponieważ Monika zawsze otwarcie przyznawała się do swoich problemów ze zdrowiem i momentów załamania. Teraz również otwarcie mówi o tym, że walczy o siebie, o ładną sylwetkę i świetną formę. Skończyła marketing i zarządzanie na Uniwersytecie Łódzkim. Od 15 lat prowadzi własną firmę. Równie często jak w biurze można ją spotkać na siłowni. Aktywna była już jako mała dziewczynka. Nigdy nie uciekała z lekcji WF-u, wręcz przeciwnie – sala gimnastyczna była jej drugim domem. Biegała, grała w koszykówkę. – Mówiłam mamie, że wychodzę ze znajomymi na chwilę, na dwie godziny, a wracałam po pięciu – opowiada. Sportu nie porzuciła nawet wtedy, kiedy została poddana rehabilitacji kręgosłupa, którą przeszła jako nastolatka. Zawzięła się, trzy razy w tygodniu ćwiczyła z rehabilitantem, dzięki temu uniknęła operacji. Mięśnie miała wtedy jak sportowiec. Kilka lat wcześniej u Moniki zdiagnozowano MIZS. Przez przypadek.

Miała 10 lat, gdy mama chciała ją wysłać na kolonie do Wieliczki. Trzeba było mieć zaświadczenie o dobrym stanie zdrowia. Badania wykazały wysokie stężenie ASO. Zamiast wakacji zaczęły się wizyty u reumatologa. Ból stawów skokowych i piszczeli nie dawał dziewczynce spokoju. Dziś wspomina, że „ból lizał ją po kolanach”. Wyniki wykazały wysoki współczynnik reumatoidalny. Skąd się wziął? Lekarze tłumaczyli, że to być może efekt wybuchu w Czarnobylu. Być może, bo Monika chorowita była od urodzenia. Angina, zapalenie płuc, trzeci migdał, gronkowiec złocisty... i w końcu RZS. Do ukończenia 18. roku życia Monika leczyła się w szpitalu na Spornej w Łodzi. Do RZS doszły bóle serca i próchnica zębów. Około 20. roku życia lekarze diagnozowali u niej chorobę Hashimoto. Z czasem zaczną się też problemy ginekologiczne. Monika nie ma jajników, jajowodów, macicy oraz szyjki – pełna histerektomia. Decyzję o operacji podjęła na własną odpowiedzialność 30 kwietnia 2011 r. Mówi, że tego dnia o 7.30 narodziła się na nowo. Wcześniej przez 10 lat zmagała się z endometriozą. Gdy zachorowała, miała 23 lata. Wtedy endometrioza była tematem tabu, niewiele się o niej mówiło. Monika bała się przedwczesnej menopauzy, pragnęła zostać mamą. Lekarze dali jej rok na zajście w ciążę. W 2007 r. na świat przyszła wyczekiwana Wiktoria, a wraz z nią nadzieja, że choroba się skończy. A ona wróciła, i to z podwójną siłą. – Ból związany z endometriozą paraliżuje głowę i ciało. Jest tak nieznośny i uporczywy, że życie traci sens. Żyłam jak na bombie, a intuicja powtarzała mi, że czas na ostateczny krok – operację. Pewnego dnia zadzwoniłam do mojego ginekologa i powiedziałam: Doktorze, pora skończyć tę jazdę. Choroba nie będzie rządzić moim życiem. Albo ona, albo ja – opowiada Monika. Gdy 30 kwietnia po operacji otworzyła oczy i zobaczyła w sali szpitalnej piękne zielone płytki, uznała, że podjęła najlepszą decyzję w swoim życiu.

Narodzona na nowo zaczęła cieszyć się życiem. Denerwowały ją dodatkowe kilogramy, lustra omijała więc szerokim łukiem. Na spacerze musiała przysiąść i odpocząć. Gdy szła po schodach, czuła, że brakuje jej tchu. Puls skakał do 140. Zaczęła dusić się we własnym ciele. W końcu powiedziała: Dość! Monika, wracasz do gry! Pierwszy raz na siłownię wyciągnęła ją koleżanka. Początki były trudne. – Wystartowałam z poziomu zerowego, a nawet ujemnego. Z czasem było coraz lepiej. Już nie 10, a 15 minut na orbitreku...

Problemy ze zdrowiem spowodowały, że Monika zaczęła przywiązywać wagę do tego, co je. Zaczęła zdrowo się odżywiać, odstawiła produkty, które jej szkodziły. Teraz pomaga innym. Pytana, jak udało jej się schudnąć, odpowiada, że utrata wagi jest tak naprawdę efektem ubocznym. – W tym wszystkim chodzi o zmianę swojego stylu życia i odnalezienie zadowolenia w stosowaniu diety i aktywności fizycznej. Trzeba obserwować siebie i własne ciało, bo każdy inaczej reaguje na ruch i jedzenie. Wszystko zaczyna się w głowie i to od nas samych zależy, czy się uda, czy nie. Jak ognia należy unikać diet cud, bo przynoszą odwrotny efekt. Najważniejsza jest systematyczność i cierpliwość – mówi. Doskonale wie, że ruch jest niezbędny, zwłaszcza dla „reumatyka” i nie tylko. Rozumie, że kobiety chcą dobrze wyglądać w kostiumie kąpielowym, ale wygląd to sprawa drugorzędna. Sama też musiała to wytłumaczyć sobie. W głowie wciąż miała obraz Moniki sprzed lat. Ta figura nie wróci. Ale jest dobrze. Monika wskoczyła na kolejny poziom. Zaczęła modelować ciało.

Choroby Moniki są ze sobą powiązane. Niedawno RZS znów o sobie przypomniał. Doskwiera jej ból rąk, stawów w łokciach, kości przedramienia. Rok temu wskaźnik reumatoidalny znów przekroczył normę. Lekarze rozkładali ręce, gdy Monika nie reagowała na kolejną partię leków. Zdaje sobie sprawę, że dla lekarza jest trudnym przypadkiem. – Mam wiele schorzeń. Leczę się na chorobę Hashimoto. Przyjmuję leki na serce i hormonalną terapię zastępczą, więc trudno znaleźć dla mnie odpowiednie leczenie RZS. Ale ręki nie dam sobie odciąć, jak „dołu” – stwierdza kategorycznie Monika. Odwiedza lekarza immunologa. Zmodyfikowała dietę, cały czas kombinuje i szuka dla siebie najlepszego rozwiązania. Lubi dobrze zjeść. Vege nie wchodzi w grę, mięso musi znaleźć się na talerzu. Zdarzają się dni, gdy nie może podnieść czajnika. Jednak nie odpuszcza. Nadal często gości na siłowni. Biega, jeździ na rowerze. Jej świat kręci się też wokół śmigła – jest pasjonatką BMW. Nie pytajcie, jaką prędkość potrafi rozwinąć na trasie. 

rozmawiała: Aleksandra Zalewska-Stankiewicz