Z głową w chmurach

środa, 13 kwiecień 2016


Lubi być w chmurach. Dosłownie i w przenośni. Czasem wyobraźnia poniesie ją tak daleko, że buja w obłokach. Bywa też, że można spotkać Martę Reszczyńską kilka kilometrów nad ziemią. Co ona tam robi? Lata. Wprawdzie na razie jako pasażerka, ale kto wie… Nie boi się marzeń, więc może kiedyś sama usiądzie za sterami. W chmurach jest wolność, radość, szczęście. I piękne widoki.

Tata Marty jest emerytowanym oficerem sił powietrznych, mieszka w Bydgoszczy. Z rodzinnego domu kobieta wyjechała wiele lat temu, razem z mężem, który dostał pracę w Warszawie. Sama imała się bardzo konkretnych zajęć – pracowała w szpitalu przy zamówieniach publicznych, w biurze w firmie ochroniarskiej, była też księgową. Wyuczony zawód też ma konkretny – ukończyła marketing i zarządzanie w budownictwie, ma tytuł inżyniera. Lubi się rozwijać, dlatego dwa lata temu podjęła studia podyplomowe w Warszawie, z zakresu zamówień publicznych.

Sama w męskim świecie

A skąd to lotnictwo? Po pierwsze to pasja taty. A że Marta jest córeczką tatusia, więc już jako kilkulatkę zaczęły pasjonować ją samoloty. Bo samolotami można się szybciej przemieścić, na przykład z Warszawy na drugi koniec świata. Ale widać lotnictwo było jej pisane, bo rok temu otrzymała pracę w szkole awiacji. Jest asystentem kierownika CAMO – zarządzanie ciągłą zdatnością do lotów. Zajmuje się dokumentacją, zamawia części do samolotów, współpracuje z mechanikami. Wokół niej sami mężczyźni. Jest zadowolona z pracy, która daje jej radość. Aż trudno uwierzyć, że kobieta słyszy tylko dzięki aparatom słuchowym. Niesłysząca jest od urodzenia. Być może to wina różyczki, na którą mama Marty zachorowała w ciąży. Paradoks – lekarz pediatra o specjalności nefrologicznej urodziła chore dziecko. Ale rodzina nie poddała się. W wieku trzech lat Marta dostała pierwszy aparat słuchowy i zaczęła intensywną naukę mówienia. Spotkania z logopedą, nieustanne ćwiczenia w domu – rodzice nie odpuszczali.

W strefie ciszy

Gdy Marta myśli o swoim dzieciństwie, ma mieszane uczucia. Z jednej strony przypomina sobie ogromną determinację rodziców, aby przygotować ją do normalnego życia. W rodzinie było mnóstwo ciepła i miłości. Z drugiej strony trudno było jej odnaleźć się w gronie rówieśników. Specjalna klasa w podstawówce, liceum integracyjne – niezbyt dobrze czuła się w tym środowisku. Studia odwróciły sytuację, Marta spotkała wspaniałych ludzi i otworzyła się na świat. I to zostało jej do dziś. Jest energiczna, wesoła, wciąż gdzieś ją nosi. Dziś funkcjonuje bardzo dobrze. Medycyna poszła do przodu. Marta używa cyfrowych aparatów, rozmawia przez telefon, nie ma barier w kontaktach z ludźmi. Niestety, osiem lat temu mama odeszła… Trudno wypełnić tę pustkę. Na szczęście tata jest dla Marty ogromnym wsparciem. Odejście mamy nasiliło objawy RZS. Chociaż te występowały już wcześniej. W 2003 roku kobietę zaczęły boleć stawy u rąk. Łokcie dokuczały do tego stopnia, że nie mogła prowadzić auta. Lekarze podejrzewali RZS, a nawet białaczkę, ale badania nic nie wykazały.

W poszukiwaniu diagnozy…

Rok po śmierci mamy Marta przeszła infekcję wirusową. Przeziębienie miało ostry przebieg – zapalenie krtani, uciążliwy kaszel. Chwilę później biodra bolały do tego stopnia, że pojawiły się problemy z chodzeniem. W 2010 roku badania wykazały obecność bakterii chlamydia. Ból stawów łokci i ramion nie ustępował. Najgorsze były noce. Bezsenność – tak Marta wspomina ten czas. – Podejrzewałam, że to RZS, ponieważ mama również chorowała, ale u niej reumatoidalne zapalenie stawów przebiegało łagodnie. Poza tym o chorobie w domu się nie rozmawiało, mama chciała oszczędzić mi dodatkowych stresów – wspomina. Ból dokuczał coraz bardziej, Marta stała się nerwowa. Szukała pomocy u lekarzy, którzy stwierdzili, że ma RZS, tylko nie wiedzieli, jak leczyć. Chwytała się wszystkich zajęć, przechodziła różne kursy, była wolontariuszką, byle tylko zapomnieć o swoich dolegliwościach. Do tego doszedł rozwód, który był bardzo stresujący, co nasilało objawy RZS – odczuwała coraz silniejsze bóle. – Psychicznie było mi bardzo trudno, a ból nie odpuszczał. Kolana zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa. W końcu w 2012 roku trafiłam do pani doktor reumatolog z Bydgoszczy – opowiada Marta. Przyjęła ona Martę do programu leczniczego. Po częstych pobytach w szpitalu w Bydgoszczy, systematycznych kontrolach, braniu leków w zastrzykach i w tabletkach, ból stawów odpuścił, opuchlizna zniknęła.

Nigdy nie wolno się poddawać!

Marcie zaczęły wracać chęci do życia. Program leczenia zakończył się w ubiegłym roku. Przez sześć miesięcy funkcjonowała bez bólu i leków. Niedawno nastąpił nawrót, wróciła do zastrzyków. Reumatyczny ból nasila się w zależności od pogody. – Ale nawet wtedy, gdy ledwo wstaję, nie opuszcza mnie myśl: jest dobrze! – Marta wciąż zachowuje optymizm. Funkcjonuje na pełnych obrotach. Przywiązuje dużą wagę do diety. Lubi ryby, ostatnio przyrządza je częściej niż mięso. Je dużo owoców, warzyw. Gdy odpoczywa wieczorem ze swoim psem Mozartem (mieszanka rottweilera z dobermanem), myśli o tym, co jeszcze przed nią. Wie, że wiele się zdarzy. Jest otwarta na nowy związek. Chciałaby spotkać tego jedynego, który zaakceptuje ją taką, jaka jest. Ze wszystkimi jej dolegliwościami. W styczniu skończyła 37 lat i jeszcze nigdy tak dobrze nie czuła się w swojej skórze. To po prostu świetna babka! – Jeśli czegoś bardzo chcesz, to jest to możliwe. Ważne, aby się nie poddawać. Taka jestem – silna i twarda, ale jednak czasem lubię sobie pobujać w obłokach – mówi Marta Reszczyńska.

Opracowała: Aleksandra Zalewska-Stankiewicz