Ja, chora? Niemożliwe!

piątek, 27 styczeń 2017

Kobieta – petarda – można stwierdzić na pierwszy rzut oka. 41-letnia Małgorzata Brachmańska z Rybnika wygląda na konkretną i silną. Silna jest, zwłaszcza odkąd musi zmagać się z chorobą. Lecz wewnątrz, pod twardym pancerzem, kryje się wrażliwa dusza, którą wzrusza dziecięcy uśmiech i cierpienie zwierząt.

5.00 rano – pobudka. Śniadanie najważniejsze, potem Gośka bierze szybki prysznic i, jak to mówi: „trzeba zrobić się na człowieka”. Makijaż, fryzura, wysokie szpilki i biegiem do samochodu. Do pracy ma ponad 30 kilometrów. Dziś stawy wyjątkowo dokuczają. Kilka minut przed godz. 7 stawia się w sądzie w Gliwicach. Pracuje tu od 11 lat. Obecnie w wydziale penitencjarnym, gdzie poznaje historie skazanych, którzy starają się o przerwy w odbyciu kary, warunkowe zwolnienie czy odbywanie kary w systemie dozoru elektronicznego. Wśród nich jest wielu takich, którym drobne przewinienie odebrało wolność. Ale są i osoby odbywające karę za poważniejsze przestępstwa. – Każdego trzeba traktować jak człowieka, bo tak naprawdę nigdy nie wiemy, co nas w życiu spotka. Ono potrafi pisać różne scenariusze. Wiadomo, że są i tacy skazani, którzy według niej nie zasługują na wolność. Gośka odwiedza zakłady karne, wie, jak wygląda życie za kratami. Dziś stara się mieć dystans do pracy, ale na początku przeżywała niemal każdą historię. To przecież nie tylko tragedia samego skazanego, ale też i jego rodziny. Chrzest bojowy przeszła w wydziale karnym. Przestępstwa wielkiej wagi były tam codziennością. Nieraz płynęły jej łzy, gdy protokołowała na rozprawach. Pewnie, że można przywyknąć, ale za każdą sprawą kryło się cierpienie i tragedia zwykłych ludzi. 

Kiedyś była wolontariuszką w rybnickiej fundacji „Jestem głosem tych, co nie mówią”. Ktoś przecież musi zadbać 
o tych najsłabszych. Brakowało jej czasu, więc zrezygnowała. Stara się jednak wspomagać fundację w miarę swoich możliwości. Czasem przeleje przysłowiowy grosik na jej konto. Rodzina miała dylemat, jak to będzie z tymi kotami, gdy jej córka zaszła w ciążę. Koty, pies i małe dziecko? Dla Gosi to żaden problem. Wszystko można pogodzić, jeśli się tylko tego chce. Właśnie, Gośka jako mama. W tej roli spełnia się od 19 lat. Tyle ma córka Monika. Syn Marcin jest młodszy o trzy lata. – Ja miałam w domu rygor. Mama była bardzo wymagająca. Sama z kolei jestem mamą łagodną, tolerancyjną – mówi. Dzieci zwierzają się jej ze wszystkiego. Nawet, jeśli są to sprawy delikatne i trudne. Często leżą wszyscy razem w sypialni i rozmawiają, żartują. Bo rodzina musi się wspierać. Dlatego, gdy Monika zaszła w ciążę w wieku 18 lat, przyszła z tym do mamy. Teraz Gośka czeka na wnuka. – Nie powiem, że nie byłam zaskoczona. Nieczęsto w dzisiejszych czasach zostaje się babcią w wieku 41 lat. Ale teraz jestem szczęśliwa i z niecierpliwością oczekuję na maleństwo – mówi. Mieszkają wszyscy razem na 140 metrach kw. Gośka lubi mieć wszystkich obok siebie. Bliscy wspierają ją w walce z chorobą. A ta pojawiła się ponad dwa lata temu. Na początku niepokoił ból palca wskazującego, który nagle spuchł. To pewnie od pisania na komputerze, myślała Gosia. Wiosną zawsze zapisywała się na fitness. W marcu wykupiła karnet, zaczęła chodzić na zajęcia. Ale wszystko ją bolało. – To niemożliwe, abyś przez kilka tygodni miała zakwasy – mówił kolega z pracy. Dokuczały jej barki, plecy. Kolana odmawiały posłuszeństwa. Trudno było jej się podnieść z pozycji siedzącej. Mąż pomagał zapinać jej biustonosz i zakładać rajstopy. W nocy nie potrafiła nakryć się kołdrą. Zwykłe, codzienne czynności stawały się nie lada problemem. Rano nie mogła wstać z łóżka. Nastawiała budzik pół godziny wcześniej niż zwykle, aby się pozbierać i nie pozwolić zwyciężyć dokuczającemu bólowi.

Na tropie diagnozy
W Google wpisała hasło: „bóle rąk”. Klikała w każdą stronę i szukała jakiejkolwiek informacji na temat tego, co działo się z jej ciałem. Dzięki „doktorowi Google” powoli wszystko zaczęło układać się w całość. Znalazła informacje o RZS. Więc zaczęła zgłębiać wiedzę na temat tej choroby. To niemożliwe! Skąd ja bym to miała? – nie dowierzała. Internet wskazywał na związek RZS z łuszczycą. A Małgorzata jako mała dziewczynka chorowała na łuszczycę, chociaż po chorobie pozostały jedynie zmiany na łokciu. Zaczęła brać na własną rękę leki przeciwbólowe. Pomogły, ale na krótko. Nie mogła swobodnie trzymać kierownicy, otworzyć drzwi, butelki z wodą, czy nalać jej sobie do szklanki. Każda prosta czynność sprawiała jej ból. Coraz częściej była zależna od innych. Także psychicznie był to dla Gosi bardzo trudny czas, ponieważ właśnie wtedy jej koleżanka zmagała się z nowotworem. To ona przekonała Gośkę, aby poszła do lekarza: „bo nie wiadomo, co w niej siedzi”. W końcu trafiła do internisty. Ten nie od razu postawił właściwą diagnozę. Na początku podejrzewał boreliozę. Gosia jednak upierała się, że to może być RZS. Skierował ją na badania i wtedy diagnoza się potwierdziła. Ze skierowaniem „na cito” trafiła do reumatologa. Pani doktor od razu wdrożyła leczenie. Gośka nie mogła uwierzyć, że jest chora. – Skąd ja to mam? Zawsze myślała, że to choroba starszych ludzi. Może się pomylili? – miała nadzieję. Obdzwoniła całą rodzinę. Nikt nie słyszał o RZS. Wyczytała, że choroby autoimmunologiczne lubią występować parami. A ona przecież miała łuszczycę. Szukała wsparcia w sieci. Trafiła na blog o reumatoidalnym zapaleniu stawów rezasta.net. – Autor bloga bardzo mi pomógł. Wtedy jego słowa wsparcia były dla mnie bezcenne. Po miesiącu od diagnozy odstawiła leki przeciwbólowe. – Któregoś dnia obudziłam się z palcami nabrzmiałymi jak parówki. Pierścionki wbijały mi się w skórę. Lekarz przepisał sterydy i skierowanie do szpitala reumatologicznego w Ustroniu. Pojechała. Tam zmieniono jej leki.

Nigdy taka nie byłam…
Aktualnie choroba jest w tzw. remisji farmakologicznej, czyli została wyciszona dzięki terapii. Gosia marzy o zupełnym odstawieniu leku, ale to raczej niemożliwe. Chociaż, kto wie? Kiedy jest najtrudniej? Okres zimowo-wiosenny to największe wyzwanie. Stawy sztywnieją i bolą, dokuczają stopy. Zimno zdecydowanie nie sprzyja jej zdrowiu. – Nie jest już tak jak było na początku, ale jednak sprawna do końca nie jestem – mówi. Ale daje radę. Czasem prosi o pomoc w zwykłych czynnościach, jak na przykład odkręcenie butelki wody. Na zwolnieniu była tylko raz. Wtedy, gdy jej kręgosłup odmówił posłuszeństwa i nie mogła się wyprostować. Gosia choruje na dyskopatię kręgosłupa, zwyrodnienia i skoliozę. Z wysokich szpilek póki co nie potrafi jednak zrezygnować. – Dopóki stan zdrowia mi na to pozwoli, to ich nie ściągnę, a już bywa czasem ciężko, ale czego nie robi się dla lepszego wyglądu? – uśmiecha się. Małgorzata pracuje 7 godzin dziennie. Dzięki temu, że ma umiarkowaną grupę niepełnosprawności. – Niezręcznie czułam się, idąc na komisję, ale przekonała mnie do tego moja lekarka. I nie żałuję. Dzięki temu pracuję krócej i należy mi się 10 dodatkowych dni urlopu. Chociaż tyle korzyści z tego, że jestem chora.

Jest jeszcze jedna pozytywna strona tego, że zachorowała. Przez portal społecznościowy poznała osoby, głównie kobiety, które chorują na RZS. Dzięki temu nie jest z tym sama. Bo nikt lepiej nie zrozumie chorego jak inny chory. To ludzie z całej Polski i pomimo dzielącej ich odległości regularnie się spotykają. – To bardzo bliskie mi osoby. Jesteśmy w stałym kontakcie i cieszę się, że los postawił ich na mojej drodze – mówi Gosia. – Najgorsze jest to, że straciłam energię. Nigdy taka nie byłam. Kiedyś potrafiłam pobiegać w lesie, poćwiczyć na siłowni. W jeden dzień umyć wszystkie okna, w sobotę wysprzątać cały dom, a dziś muszę robić wszystko na raty. A po wysiłku zawsze muszę dłużej odpocząć, ale czy to jest powód do zmartwienia? – pyta Małgorzata Brachmańska. – Żyję tak, jak żyłam przed chorobą, nie zmieniłam nawyków żywieniowych czy tego, że lubię się spotkać z przyjaciółkami na winku. Nie przyjmuję do wiadomości, że jestem chora. Nie żyję tym. Owszem, czasem myślę, jak to będzie za parę lat, ale jestem optymistką i wierzę, że wszystko będzie dobrze. Nie stosuje specjalnej diety. Mimo że jej stawy szaleją po cytrusach, nie potrafi ich sobie odmówić w sezonie zimowym. Wtedy przecież są najsmaczniejsze. Uwielbia słodycze. Jej ulubionym przysmakiem jest chałwa i wszystko, co ocieka czekoladą. Bez słodkości nie wyobraża sobie życia. Gośka nie traktuje siebie w specjalny sposób. – Wiem, że choroba może być wyciszona, ale może być znacznie gorzej. Wciąż trudno mi uwierzyć, że jestem chora. 

rozmawiała: Aleksandra Zalewska-Stankiewicz