Czas kradnę nawet rodzinie

czwartek, 19 marzec 2015

Zbigniew Bródka to postać, która pokazuje jak ważna jest w życiu motywacja. Nasz pierwszy champion olimpijski w łyżwiarstwie szybkim. Dwukrotny medalista, bo drużynowo wywalczył w Sochi też medal brązowy. W „złotym” biegu na 1500 metrów wyprzedził Holendra Koena Verweija zaledwie o 0,003 sekundy. To pokazuje, że czasem o wygranej decyduje rzeczywiście ułamek sekundy i że walczyć trzeba do końca. Nam wyznaje, że popularność jest przyjemna, ale ma też drugą stronę…

Jak jest cena sławy?

Brak czasu wolnego. Po igrzyskach moje życie diametralnie się zmieniło. Telefon wciąż dzwoni. Nie daję rady odebrać połowy połączeń. Powodem nie jest niechęć do pogadania z kimś, lecz zbyt krótka doba. Staram się oddzwaniać, ale słabo mi się to udaje. Wciąż dostaję zaproszenia na wywiady, eventy, spotkania z kibicami. Mam też swoje obowiązki: cykl treningowy, zobowiązania wobec rozmaitych instytucji i firm, normalną pracę zawodową i rodzinę, w życiu której bardzo chciałbym uczestniczyć. Ciężko mi to poukładać. Przez pierwszy miesiąc po Soczi w ogóle „chodziłem tyłem”. „Pierwszy Strażak RP”, „Ferrari z fabryki polonezów”, „Agent 003” – Bródka przyciągnął tłumy na juwenalia w Rybniku, na Twoją cześć ludzie zapuszczali bródki.

Nie jest to miłe? 

Jest, ale... Czasami myślę sobie, że chciałbym zostać wystrzelony w Kosmos, żeby nikt nie wiedział, gdzie jestem. Chciałbym mieć chwilę spokoju. Niekiedy nachodzi mnie refleksja, że przed igrzyskami było lepiej, bo miałem więcej wolnego czasu i mogłem nim swobodniej dysponować. Teraz kradnę czas nawet mojej rodzinie, nad czym najbardziej ubolewam. Może pora z tym skończyć? Obawiam się, że szaleństwo wokół mnie będzie trwało jeszcze długo. Wnioskuję to choćby po ilości listów i maili od ludzi próbujących się ze mną skontaktować. Taka sytuacja bywa uciążliwa. Zwłaszcza wtedy, gdy nie mogę funkcjonować w pracy, w straży pożarnej i normalnie trenować.

Na co dzień Zbigniew Bródka jeździ do pożarów, wypadków, latem pomaga usuwać gniazda os – to już wiemy. A jak spędziłeś wczorajszy dzień?

Dwie godziny jeździłem na rowerze. W takim czasie pokonuję około 50 kilometrów. Przez chwilę byłem w jednostce straży pożarnej w Łowiczu, bo musiałem zamienić się służbą z kolegą. Później pojechałem do Mikołajek na konferencję prasową. Na szczęście mogłem zabrać żonę i starszą córkę. Dla młodszej, siedmiomiesięcznej, byłaby to zbyt męcząca wyprawa. Została z teściami.

Ile godzin dziennie poświęcasz na trening?

O wynikach w łyżwiarstwie decyduje przede wszystkim własna praca. Dopiero po niej jest talent. Trzeba też mieć trochę szczęścia. Przygotowania do sezonu startowego zaczynam praktycznie od razu po skończonych zawodach. Niektórzy łyżwiarze robią sobie miesiąc przerwy. Ja pozwalam sobie jedynie na nieco luźniejszy tydzień. Pierwszy etap przygotowań trwa od kwietnia do września. Wtedy nie startuję, bo buduję wydolność ogólną: jeżdżę na rowerze, rolkach, biegam przez kilka godzin dziennie. Bez uczciwego przepracowania tego okresu nie byłbym w stanie dobrze wystartować. W okresie zgrupowań spędzam siedem godzin dziennie na treningach. Tuż przed zawodami zwiększa się intensywność ćwiczeń. 

Pobudka o piątej nad ranem, trening na szkolnym boisku, kąpiel, szkoła, znowu trening – tak wyglądał dzień Zbigniewa Bródki w czasach podstawówki i szkoły średniej. Które wyrzeczenia są najtrudniejsze dziś?

Gdy sport zabiera mi ważne chwile, jakie powinienem spędzić z rodziną. Kiedy starsza córka, Gabrysia, powiedziała po raz pierwszy słowo „mama”, żona zadzwoniła do mnie z opowieścią, jak przyjemnie zrobiło się jej na sercu. Coś takiego trzeba przeżyć na żywo, a ja nie mogłem przyjechać do żony i córki, nie mogłem być obok nich, słuchać pierwszego „mama” mojego dziecka. Przy narodzinach drugiej córki, Amelki, udało mi się być tylko dlatego, że przyszła na świat kilka dni przed planowanym terminem. Serce pękało mi z żalu, gdy dwa dni później musiałem wyjechać na kwalifikacje olimpijskie. Przez trzy tygodnie mieliśmy jedynie kontakt telefoniczny.

Na łyżwiarskim torze jeden minimalny błąd techniczny może sprawić, że żegnasz się z marzeniami o zwycięstwie. Czy do tego sportu trzeba mieć żelazny charakter i mocną głowę?

Po każdym biegu, czy to dobrym, czy złym, analizuję wszystko, co mogło mieć wpływ na wynik. Myślę, co mógłbym poprawić i gdzie jeszcze mam rezerwy. Jeśli przejazd był dobry, staram się go zakodować w pamięci, by następnym razem powtórzyć te czynności. Przed biegiem trzeba dokonać analizy mocnych i słabych stron przeciwnika. Planuję też, gdzie mogę zaatakować, jak wykorzystać moje atuty. Zastanawiam się, czy będzie to prosta krzyżówkowa, na której będę mógł przejechać za rywalem i skorzystać z tunelu aerodynamicznego, na jakich odcinkach dystansu warto się skupić, gdzie mogę najwięcej zyskać.

„Prosta krzyżówkowa” – co to takiego?

Tor ma czterysta metrów. Są na nim trzy pasy. Pierwszy pas jest rozgrzewkowy. Po drugim i trzecim się ścigamy. Przejechanie wirażu małego i dużego daje w sumie czterysta metrów. Żeby było sprawiedliwie, łyżwiarze zmieniają tor po każdym pełnym okrążeniu. Miejsce, gdzie to robią, nosi nazwę prostej krzyżówkowej. Zawodnik, który zmienia tor z dużego na mały, ma lepiej, bo jadąc za przeciwnikiem, może skorzystać z tunelu aerodynamicznego tworzącego się za plecami rywala. Zmaga się wtedy z mniejszymi oporami powietrza. To pozwala zachować siły i mobilizuje wzrokowo. Ma wtedy rywala przed sobą i podświadomie stara się jak najszybciej do niego dojechać.

Do Soczi jechałeś po zwycięstwo?

Jechałem po medal. Głośno tego nie mówiłem, by nie zapeszać, ale miałem w głowie jasno sformułowany cel: zdobycie medalu olimpijskiego. Ne było założenia, że to będzie medal złoty, ale wiedziałem, że medal jest w moim zasięgu. Rok wcześniej zdobyłem Puchar Świata. W sezonie olimpijskim też prezentowałem wysoką formę. Byłem liderem Pucharu Świata. Dawało mi to pewność, że z Soczi przywiozę medal.

Startujesz i już widzisz siebie na podium?

Nie. Nigdy. Skupiam się na myśleniu, że musi to być bardzo dobry bieg. Rozegrany perfekcyjnie.

Jak znosisz porażki?

Zależy jakiego są formatu. Żaden sportowiec nie lubi przegrywać. Ja też tak mam. Jesteśmy indywidualistami. Każdy trenuje po to, żeby być najlepszym, choć trzeba liczyć się z tym, że nie zawsze się wygra. Kiedyś o dziewięć setnych sekundy przegrałem z Jankiem Szymańskim tytuł mistrza Polski na moim koronnym dystansie. Była to dla mnie, nie ukrywam, ciężka porażka. Ale nie rozpatrywałem tego w takich kategoriach. Zastanawiałem się, nad czym muszę popracować, by następnym razem wygrać. Jankowi gratulowałem ze szczerego serca. Przegrane motywują mnie do walki. Hartują mnie.

A jednak chciałeś się wycofać ze sportu. 

Tak, w 2006 roku. Dwa lata wcześniej podczas treningów skręciłem kostkę. Później na zawodach doszło do kraksy, doznałem m.in. urazu łąkotki w kolanie. Przez sześć tygodni byłem wyłączony z treningów. Kilkumiesięczna rehabilitacja wykluczyła mnie z Igrzysk Olimpijskich w Turynie. Bardzo długo nie mogłem się pozbierać. Byłem załamany. Motywowała mnie tylko myśl o zbliżających się igrzyskach. Wróciłem do formy, ale tuż przed zawodami znów doznałem kontuzji tego samego kolana. Trzeba było zadać sobie pytanie: koniec ze sportem?

Łudziłeś się, że to nie koniec?

Miałem momenty załamania, braku mobilizacji. Walczyłem z własnymi słabościami. Psychicznie miałem dość, bo ciężko kolejny raz pozbierać się po takim pechu. Wydawało się, że nie jestem w stanie trenować, ból nogi był straszny. Myślałem wtedy: porwałeś się na zbyt głęboką wodę, pora zrezygnować. Ale mam taki charakter, że postanowiłem wytrzymać przynajmniej do końca sezonu. Za wszelką cenę! W tym czasie sytuacja się wyklarowała. Znowu zacząłem być dobry, zdobywać medale. Dziś sportowo czuję się spełniony, już się mobilizuję do kolejnych zawodów.

Ostatnio mnóstwo spraw spadło na Twoją głowę. Wielu sportowców po wielkim sukcesie korzysta z pomocy terapeuty, by się nauczyć odmawiać. Byłeś kiedyś u psychologa?

Tak. Kilka lat temu.

I co powiedział?

Że nie jest mi potrzebny.

Rozmawiała: Patrycja Maciejczyk