Życie jest krótkie jak przeciąg

czwartek, 05 luty 2015

To jest rok jubileuszy Jana Peszka. Skończył 70 lat, od 50 lat jest aktorem, od 45 – mężem Teresy, od 30 lat wykłada w krakowskiej Szkole Teatralnej, od 40 występuje w „Kwartecie”, a od 38 w napisanym specjalnie dla niego „Scenariuszu…” Bogusława Schaeffera.

Panie Janie, czy czuje się Pan człowiekiem szczęśliwym i spełnionym?

Tak, tak, tak! I jakkolwiek by to nie zabrzmiało – bo Polacy uwielbiają narzekać – czuję się szczęśliwy i spełniony. To jest czasem okupione strasznym wysiłkiem, morderczą pracą, ale jest! Spełnienie. Mogę powiedzieć, że wszystko mi się udało. I życie, i rodzina, i ludzie, których spotykam… Wszystko. W Narodowym Starym Teatrze grane jest „Jan Peszek. Podwójne solo”. Pierwsze solo to oczywiście „Scenariusz” Schaeffera, a drugie to wyśpiewana autobiografia w 30 wariacjach, bo tyle jest Wariacji Goldbergowskich Jana Sebastiana Bacha. Zamiast jubileuszy. Reżyseruje Cezary Tomaszewski. Uczę się od niego, jak młodsi ode mnie postrzegają i wyrażają świat. Fascynujące. Lubię młodych ludzi, to oni objaśniają mi rzeczy, które są daleko ode mnie. Z wyboru nie używam komputera, Internetu, nie oglądam telewizji. Nie chcę podlegać manipulacji, złudzeniu, że mogę o czymś decydować. Właściwie używam tylko telefonu komórkowego, bo w moim zawodzie to przymus. Czasem sobie myślę, kim bym był, gdybym urodził się w innej rodzinie. Gdybym nie miał takich dziadków. Gdyby moi rodzice tak szaleńczo się nie kochali. Gdybym nie urodził się w Szreńsku i nie dorastał w Andrychowie. Gdybym nie spotkał Teresy… a propos, czy Pani to sobie wyobraża, w przedszkolu – miałem wtedy 4 czy 5 lat – podczas jakiegoś przedstawienia, kiedy biegałem wokół jakiegoś wielkiego pudła i rozwiązywałem kokardę, którą było związane, więc kiedy to pudło wreszcie zostało rozwiązane, okazało się, że w środku jest dziewczynka z dużą kokardą. I to była Teresa!... A więc gdybym jej nie spotkał i nie stworzył z nią domu. Gdybym nie spotkał Bogusława Schaefera, Adama Kaczyńskiego, braci Grabowskich… Uczę moich studentów: nie poddawajcie się presji świata, nie ulegajcie jej. Bądźcie ciekawi drugiego człowieka, pozwólcie mu mówić. Czasami trafia się rocznik, z którym, wydaje się, nie znajdę żadnego porozumienia, ale kiedy poznamy się lepiej, bariera znika. I nie poddaję się im, nawet nie próbuję porozumiewać się jak oni.

Może to dlatego, że Pan jest taki ciekawy świata i otwarty na ludzi?

Może. Ale nie byłbym taki, gdyby nie moi rodzice i dziadkowie. Zwłaszcza dziadkowie. Oni mnie wychowali do wolności, cieszenia się życiem i cenienia każdego dnia. „Pamiętaj, życie jest wspaniałe i krótkie jak przeciąg” – mawiała moja babka Stefania. Zapamiętałem to. Nauczyłem tego swoje dzieci i uczę tego moich studentów. W życiu najważniejsze jest życie. Od nas zależy, czy będziemy iść do przodu, czy dreptać w miejscu.

A niewiele brakowało, a zostałby Pan szanowanym dentystą w Andrychowie…

Na ten temat w ogóle się nie rozmawiało. Ojciec nie pytał mnie „kim chciałbyś zostać?”. To było jasne – zostanę dentystą i odziedziczę po nim gabinet i imponującą liczbę pacjentów. Pierworodny syn zawsze dziedziczył zawód po ojcu. Ba, nawet w wakacje ćwiczyłem się  w protetyce, robiłem mosty i koronki. A tu nici z tradycji. Jan Peszek dostał się do Szkoły Teatralnej w Krakowie. Z odwołania wprawdzie, ale się dostałem. I tak się zaczął mój żywot aktora. Dlaczego w Krakowie, a nie w Warszawie? Mógłbym wygłosić wykład o wyższości szkoły krakowskiej nad warszawską, ale – z Krakowa jest po prostu blisko do Andrychowa. No i znałem krakowskie teatry z wycieczek z rodzicami. W Krakowie zetknąłem się z założonym w 1962 roku przez pianistę Adama Kaczyńskiego zespołem MW2. To było fascynujące doświadczenie. Był to jedyny wówczas w Polsce zespół grający muzykę współczesną i robiący instrumentalny teatr. W jego skład wchodzili muzycy i aktorzy. To było coś, co odpowiadało mojemu temperamentowi. Wtedy poznałem Bogusława Schaeffera i on napisał dla mnie, studenta II roku „Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego”. Moja euforia nie miała granic. Pierwszy raz zagrałem go w roku 1976. Objechałem z nim cały świat, jadę wszędzie tam, gdzie mnie zaproszą. Wszystko jedno, czy jest to Japonia czy Lubin. Patrzę, jak się zmienia publiczność, która przychodzi na ten godzinny wykład o sztuce, bo w samym tekście nie zmieniłem nawet przecinka. To jest forma, którą uwielbiam – bardzo poważne treści w groteskowej formie. Ludzie zaśmiewają się do łez i dopiero później nachodzi ich refleksja, że to wcale nie jest do śmiechu. Jestem szczęściarzem, że na mojej drodze stanął Schaeffer. W zeszłym roku Akademia Muzyczna urządziła fetę z okazji 50-lecia MW2. Zagraliśmy na niej Kwartet. Bracia Mikołaj i Andrzej Grabowscy, Bogdan Słomiński i ja.

Zrezygnował Pan z etatu w Starym Teatrze, a wciąż trudno się z Panem umówić…

Bo strasznie dużo pracuję. Kalendarz mam zapisany drobnym maczkiem do końca 2015 roku. Póki jeszcze mi się chce, póki jest we mnie ciekawość świata i innych ludzi – biegnę. Jak mi to minie – przestanę. A etat zwolniłem 5 lat temu. To szmat czasu. Wiele się przez te lata wydarzyło.

Choćby tegoroczny spektakl „Edwarda II” Marlowa w reżyserii Anny Augustynowicz w Starym Teatrze. Gra Pan Edwarda, a Pana syn, Błażej, królową Izabelę – Pana żonę.

Jak na teatr szekspirowski przystało, w obsadzie są sami faceci. Dobrze mi się gra z Błażejem, choć bywało różnie w przeszłości. Syn był moim studentem, a ja jestem wymagającym profesorem. Żadnej taryfy ulgowej. Później, już po studiach, był „Wariat i zakonnica” w mojej reżyserii. Podczas prób szliśmy na noże, ale to nas nie zniechęciło do wspólnego występowania. Przed przedstawieniem „Wejście smoka. Trailer” pojechaliśmy razem na tydzień do klasztoru Shaolin, a w sztuce „Pojedynek” zapanowała całkowita harmonia, bo wyreżyserował ją Błażej. Nie ma natury odwetowca. Nie odgrywał się na ojcu (śmiech). Kiedy patrzę na Błażeja i Marię (córka, aktorka i piosenkarka – przyp. red.), widzę, jak wiele jest w nich mnie. Tego, czego starałem się ich nauczyć. Zwłaszcza dotyczy to Błażeja, bo z racji mieszkania „po sąsiedzku” mogę mu się przyglądać na co dzień. Obserwuję go w szkole, w której obaj jesteśmy profesorami. Kochają go studenci. Jest nadzwyczajnie prawy i lojalny. Jest opanowany, nie taki rozedrgany i usiłujący złapać wszystkie sroki za ogon, jak ja. Zaprzecza też teorii, że aktorskie małżeństwa są nietrwałe. Swoją żonę poznał w szkole teatralnej i od tej pory się nie rozstają, a ich córka Zosia ma 17 lat i debiut sceniczny za sobą. Maria jest pasjonatką, co na pewno odziedziczyła po mnie. Chce, żeby jej sztuka była szczera i nieskazitelna. A że mówi, co myśli, są ludzie, którzy jej nie lubią. Kiedy patrzę na moje dzieci, widzę w nich tę samą niezależność i żarłoczność na życie, co u mnie. Co dwa lata robimy wspólne Boże Narodzenie. Dlatego co dwa, żeby i drudzy rodzice mogli się nacieszyć dziećmi. Tego roku spotkamy się u nas i już obiecaliśmy sobie, że prezenty będą tylko symboliczne, bo poprzednim razem zajmowały pół salonu. Nie bardzo wiem, jak się kupuje symbolicznie.

Czy nadal przywozi Pan zza granicy prezenty swojej żonie?

Oczywiście! Pod tym względem nic się nie zmieniło. Zawsze przywoziłem żonie i dzieciom prezenty zza granicy. Uwielbiam to, chociaż teraz jest znacznie trudniej znaleźć coś oryginalnego. Niemal wszystko można kupić w Polsce. Kiedy po raz pierwszy wyjechałem z kolegami na występy do Paryża, byłem jedynym, który nie wrócił używanym samochodem. Zamiast samochodu kupiłem mojej żonie perfumy i bieliznę. Od Diora. Pewnie w domu towarowym byłoby taniej, ale ja chciałem zrobić zakupy z prawdziwego zdarzenia. Ze wszystkimi należnymi torbami, pudłami i bibułkami…

rozmawiała: Joanna Jachmann