Coś, co potrafi nas zbudować

środa, 19 listopad 2014

Dr Marlena Kossakowska z badań nad 450 osobami, u których zdiagnozowano chorobę przewlekłą, wyciągnęła bardzo optymistyczne wnioski: taka choroba może zmienić nasze życie… na lepsze. My sami, ale i nasze otoczenie możemy stać się lepsi za sprawą choroby! Możemy mocniej odczuwać miłość innych ludzi i odwzajemniać ją intensywniej.

Przychodzi do Pani pacjent, u którego stwierdzono przewlekłą chorobę. Już wie, że jego życie nie będzie odtąd takie samo, jak przedtem. Co Pani na to?

Przede wszystkim pozwalam mu się wypłakać i wykrzyczeć. To jest pierwsza reakcja, do której chory przewlekle ma absolutne prawo. Przecież w jego życiu coś się nieodwołalnie skończyło. Zdrowia nic mu już nie wróci. Ma prawo pytać: dlaczego mnie to spotkało, choć nie istnieje na to pytanie odpowiedź. W pierwszym momencie wszystko mu wolno. 

A później? Jak już się wypłacze? Co Pani mówi ludziom, którzy odwiedzają Pani gabinet, i którzy ze swoją chorobą muszą żyć dalej? 

Warto spojrzeć na chorobę przewlekłą, w której nazwie już jest pewien determinizm, jak na coś, z czego można mieć korzyść, co nas potrafi zbudować, rozwinąć. Do tej pory cała psychologia nastawiona była na negatywne aspekty chorób przewlekłych, ale psychologia pozytywna daje dodatkowe możliwości choremu. Ja uważam, że skoro taka choroba jest nam dana na całe życie, warto pomyśleć o tym, żeby zrobić coś, co to życie uczyni lepszym, co będzie dawać choremu poczucie szczęścia i zadowolenia. To się oczywiście nie stanie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Może być potrzebna fachowa pomoc psychologa, i pomoc ludzi z otoczenia chorego. Z moich badań wynika, że można chorych podzielić na dwie grupy: tych, którzy chcą coś zrobić pomimo choroby i tych, których życie jest lepsze dzięki chorobie. Pierwsza jest dla tych ostrożniejszych, którzy wykonają dużo pracy emocjonalnej, poznawczej, przestaną traktować chorobę jak wroga, nauczą się z nią żyć; druga dla tych, którzy się już nie boją. Jednym i drugim musi towarzyszyć nadzieja, niezbędny element w każdej chorobie.

Nadzieja na co? Na cud? Na normalne życie?

Na wszystko po trochu. Na cud również. Z psychologicznego punktu widzenia mówimy o nadziei na to, co ja sama mogę zrobić dla poprawy swojego samopoczucia. To jest bardzo ludzka perspektywa na to, że ja w tej swojej chorobie zrobię coś, co uczyni moje życie lepszym, że wszystkim wokół będzie ze mną lepiej. Chorobie przewlekłej zwykle towarzyszy ból. Większy, mniejszy, nie do zniesienia. Pierwsza rzecz, którą trzeba zrobić to zmniejszyć ból, żeby chory nie cierpiał. Są na to różne metody – farmakologiczne, medytacja, masaż… Chory, który pozbył się bólu, już jest wygrany. Jeśli potrafi to docenić, może uczynić z tego coś dobrego. To wynika z moich badań. Bardzo ważna, nie tylko w chorobie, ale w ogóle, w radzeniu sobie w życiu, jest umiejętność doceniania tego, co się ma. To nie jest proste. To, co straciliśmy – znamy, to co możemy w zamian zyskać – jest obce, obawiamy się tego. Drugą sprawą jest otwartość na to, co niesie życie. Nawet na ból, bo on jest częścią tego życia. Ranni żołnierze mówią: jak boli, to znak, że żyję.

Czy można tak „przeprojektować” człowieka, żeby on sam zaczął myśleć pozytywnie?

Nie można. Zawsze musi być zgoda chorego. Ale jeśli mielibyśmy wspierać jego rozwój osobisty w chorobie przewlekłej, musimy zwrócić baczną uwagę na ocalenie jego wszystkich dobrych cech, tego, co dawało mu siłę przed chorobą i pozytywnych zmian po diagnozie. Inaczej mówiąc, żeby nie tęsknił za sobą zdrowym, ale zaczął dostrzegać pozytywne aspekty choroby. Część chorych będzie je asymilować, nadal bardzo cierpiąc, że choroba ich dotknęła, część natomiast potrafi je akomodować, czyli pozytywnie zmieniać i siebie, i świat wokół. Psychologia pozytywna odpowiada na pytanie, co takiego jest w ludziach „akomodujących”, na czym polega dar, który posiadają. Martin Seligman, u którego teraz jestem na stażu, autor książki „Pełnia życia” (angielski tytuł „Flourish”) uważa, że szczęście osobiste, które nazywa dobrostanem, zależy od 5 aspektów: doświadczania pozytywnych emocji, pozytywnego posiadania i dbania o relacje interpersonalne, zwłaszcza z kimś bliskim, posiadania i poszukiwania sensu tego, co robimy, zaangażowania w proces życia, w swoje ulubione aktywności oraz osiągnięć życiowych (rodzinnych, osobistych, zawodowych). Ja podkreślam szczególnie, ale to wynika z moich badań, znaczenie sensu w chorobie przewlekłej – jeśli potrafimy go dostrzec w swoich działaniach, jesteśmy wygrani.

Wiem, że z badań, które Pani prowadziła, wynika, że chorzy przewlekle głębiej przeżywają miłość. Czy chodzi o tę fizyczną?

Ach, nie! To miłość… szukam dobrego słowa… wszechogarniająca. To tak, jak Pani mówi komuś bliskiemu – mężowi, matce, dziecku, przyjaciółce – „kocham Cię”, a on odczuwa to jako największe szczęście i nie myśli wtedy o swojej chorobie. Badałam radość i miłość. Ludzie chorzy przewlekle zdecydowanie głębiej przeżywali miłość, ale składowa emocja miłości fizycznej – namiętność, była zdecydowanie mniej intensywnie przeżywana na mojej skali.

Proszę nam powiedzieć coś o nowym projekcie dotyczącym ludzi przewlekle chorych, w który się Pani zaangażowała. 

Nie mogę zdradzać jego szczegółów, ale powiem, że może on poprawić jakość życia i samopoczucie osób przewlekle chorych i polepszyć ich stosunki interpersonalne. Wymaga od poddającego się badaniu pewnego reżimu i codziennego (aż przez 6 tygodni) wypełniania Dzienniczka Radości, który wszyscy uczestnicy dostaną pocztą, a także pozostawania w kontakcie z prowadzącym badania. Nie jest to badanie anonimowe, bo nie może takie być, ale gwarantuję, że żadne informacje dotyczące chorych nie zostaną ujawnione. I co bardzo ważne – każdy chory może z uczestnictwa w badaniu zrezygnować w dowolnym momencie. Jeśli np. uzna, że nie jest w stanie systematycznie wypełniać Dzienniczka Radości albo że poszczególne zadania są dla niego zbyt trudne. Bardzo wierzę w rezultat tych badań. Chorzy, a także osoby im towarzyszące nauczą się dzięki nim, jak czerpać zadowolenie i radość z życia. A kto z nas tego nie pragnie?

Zastanawiam się, co takiego jest w chorobach przewlekłych, że potrafią tak bardzo zmienić życie?

W chorobach jako takich nie ma niczego dobrego. Ale na to pytanie odpowiem przykładem – znany mi człowiek chorujący na stwardnienie rozsiane, dopiero dzięki chorobie odkrył swoje prawdziwe „ja”, co sprawiło mu wiele radości. Stał się duszą towarzystwa, był adorowany przez kobiety, jeździł na wszystkie spędy grupowe i do sanatoriów. Dopiero dzięki chorobie poznał tylu wspaniałych ludzi. Przedtem pewnie nie było mu to aż tak potrzebne.

Czasem, obserwując jak świetnie radzą sobie osoby przewlekle chore, mam ochotę powiedzieć, jak bardzo mnie to buduje i podnosi na duchu. Ale czy my, jeszcze zdrowi, powinniśmy to mówić? 

Pewnie! Jeżeli czyjaś choroba wywiera na nas dobry wpływ, musimy o tym mówić. A chorzy przewlekle muszą mieć świadomość, że bardzo wiele zależy od nich samych. Jest taka przypowiastka Antony’ego de Mello: Kapłan siedział przy swoim biurku koło okna, przygotowując kazanie o opatrzności, gdy usłyszał coś, co brzmiało jak wybuch. Wkrótce ujrzał ludzi biegających w panice tam i z powrotem; okazało się, że pękła tama, rzeka wezbrała i ludzie się ewakuowali. Zobaczył, że woda zaczyna już płynąć niżej położonymi ulicami miasta. Trochę trudno przyszło mu opanować ogarniającą go panikę, ale powiedział sobie: „Oto jestem tu, przygotowując kazanie o opatrzności i dana jest mi okazja, aby wprowadzić w czyn to, o czym mówię wiernym. Nie ucieknę, tak jak reszta. Zostanę tutaj ufny, że boża opatrzność mnie ocali”. (…) Trzy razy chciano uratować mu życie, proponując, żeby wsiadł do łodzi ratunkowej, ale odmawiał i wchodził coraz wyżej, gdy woda sięgała mu podbródka. W oczekiwaniu na boski ratunek wdrapał się na sam szczyt kościelnej wieży. Stąd już nie było ucieczki. Utopił się. (…) Kiedy stanął przed Bogiem, zaczął się skarżyć:. „Wierzyłem Ci. Dlaczego nic nie uczyniłeś, żeby mnie uratować?”. „No cóż – odparł Bóg. – Wiesz, wysłałem ci te 3 łódki”. Może wsiądźmy do tej łódki, nie czekając na cudowne ocalenie?

rozmawiała: Joanna Jachmann