Nie uszlachetnia, ale i nie czyni gorszym

wtorek, 25 sierpień 2015

O tym, że warto wiedzieć, co nam sprawia przyjemność, nie poddawać się stereotypom i umieć troszczyć się o siebie rozmawiamy z Katarzyną Miller, psycholożką, psychoterapeutką, autorką poczytnych książek, kobietą, która ujmuje innych tym, że potrafi cieszyć się sobą i swoim życiem. 

Pani Kasiu, postawię tezę, że często przyczyną wielu problemów emocjonalnych są nasze kompleksy. Skąd się one biorą?

Katarzyna Miller: Kompleksy biorą się stąd, że ludzie nie są z siebie zadowoleni i że się porównują do innych. To niezadowolenie jest stanem niejako wysysanym z mlekiem matki. Rodzice, którzy nie do końca akceptują siebie, nie akceptują też własnych dzieci, bo w ich mniemaniu dzieci powinny wyrównać pewne ich deficyty, a tak się nie dzieje. Poza tym, nie wiedzieć dlaczego, ludzie uważają, że wychowanie przez pochwały buduje próżnego człowieka. To nieprawda, buduje szczęśliwego człowieka. Suma summarum, od dziecka słyszymy masę krytycznych uwag. A to, że ktoś jest od nas lepszy, bo potrafi grać na fortepianie lub jeździć na rowerze, a to że nie ma co się przeglądać w lustrze, bo żadna z nas gwiazda filmowa i że nogi to na pewno nie do baletu… W każdym razie dociera do nas wiele negatywnych uwag, a rzeczy najważniejszych, że jesteśmy kochani, udani, lubiani, zdolni, że miło na nas patrzeć – tego nie słyszymy. Od dzieciństwa skupiamy się więc na deficytach, nie zauważając, że naszym skarbem jest to, co mamy, a nie to, czego nam brakuje. Oprócz rodziców równie często czepiają się nas inni, co wynika z braku życzliwości, a często też z próby odreagowania własnych kompleksów. Najbardziej boli nas to wszystko, kiedy jesteśmy mali, a skutkiem tego są kompleksy w dorosłym życiu.

Czy kompleksy dotyczą jedynie fizyczności?

K.M.: W dużej mierze skupiają się na fizyczności, ale dotyczyć mogą wszystkiego. Wszystko, co w jakikolwiek sposób jest inne, bardziej wyraziste, może stać się przysłowiową kulą u nogi. Oczywiście są osoby, które świetnie sobie radzą, pomimo że posiadają cechy wyróżniające je – w stereotypowej ocenie – negatywnie. Ważne, żebyśmy wiedzieli, jak nie pozwalać innym wyżywać się na nas. Nie możemy sami przed sobą przyznać, że jesteśmy słusznym celem ataków, bo jeśli inni zobaczą, że ich uwagi faktycznie trafiają w czuły punkt, będą to wykorzystywać. Ale „być ponad to” to oczywiście trudna sztuka.

Czy choroba przewlekła może być przyczyną kompleksów?

K.M.: Jasne, szczególnie jeśli człowiek nie umie obronić się przed osobami widzącymi w chorobie tylko słabość, którą mogą wykorzystać. Powodem tego, że inni nas atakują, jest nasza bezbronność. Są oczywiście ludzie zadowoleni z siebie, którzy nie muszą wyżywać się na innych, ale zdarzają się niestety i tacy, którzy potrzebują tej agresji jak powietrza. To, jak atakowany człowiek sobie z tym radzi, zależy nie tylko od jego samego, ale również od jego środowiska. Samemu trudno jest postawić tamę negatywnym komentarzom czy złośliwości, ale jeśli mamy wsparcie bliskich, jest to znacznie bardziej realne. Bywa też odwrotnie – choroba może być wyróżnikiem in plus. Pamiętam ze swojego otoczenia dziewczynę z chorym biodrem, która była dla nas niezwykle ważna, wspierająca i mądra. Dzięki swojemu schorzeniu miała pewien rodzaj wrażliwości, który nie szedł w parze z lękiem, to sprawiało, że ludzie szalenie się z nią liczyli. Znałam też chłopaka, który w wyniku skoku do wody złamał sobie kręgosłup i stał się osobą niepełnosprawną, na wózku. Na początku był załamany, ale otrząsną się z tego i stał się liderem tego nowego dla siebie środowiska. Zaangażował się w integrację niepełnosprawnych wokół sportu, i bardzo się w tym realizował.

Skąd znaleźć w sobie taką siłę? Jak stawić czoła kompleksom i bronić się przed negatywnymi komentarzami?

K.M.: To się kształtuje w dzieciństwie. Niestety, jeśli nikt z dorosłych nie pokaże nam, że tak też można, to bardzo mało prawdopodobne, że dziecko – nawet dorosłe – dojdzie do tego samo. Mój tato powiedział mi swego czasu, że jak ktoś mnie zaczepia, to mam prawo mu oddać. Zawsze sobie radziłam, bo miałam poczucie, że mi wolno. Do dzisiaj z tego prawa korzystam. Często jestem zapraszana do różnych programów, bo mimo swojej fizyczności nie poddaję się kompleksom, nie wstydzę się siebie i wręcz jestem z siebie zadowolona. Moja „inność” stała się moim wyróżnikiem, a wręcz siłą. To doskonale pokazuje, że ta sama rzecz dla jednego jest powodem nieszczęścia, a dla drugiego zadowolenia. To jest kwestia wyboru.

Czy dzieciństwo faktycznie ma tak duże znaczenie dla naszego dorosłego życia, jak zwykło się mówić?

K.M.: Dzieciństwo to prawdziwy zaczyn. Chciałabym, żeby ludzie w to w końcu uwierzyli. Powtarza się jak banał, że dzieciństwo determinuje naszą dorosłość, ale naprawdę tak jest. W dzieciństwie doświadczamy różnych urazów. Zdarzają się wyjątkowo traumatyczne, jak śmierć rodzica, ale i takie pozornie niemające aż tak wielkiego znaczenia, jak brak bliskości, akceptacji, bezpieczeństwa emocjonalnego. Wiele osób jest pozbawionych dzieciństwa, z powodu czy to alkoholizmu rodziców, czy ich niewydolności, czy śmierci. Wydaje się, że wielu bohatersko wychodzi z tej sytuacji, wchodzi w dorosłe życie, buduje własne relacje. Z czasem jednak okazuje się, ile ich to bohaterstwo kosztowało… że zupełnie nie potrafią cieszyć się życiem, że nie potrafią być beztroscy i spontaniczni. To ich zaczyna uwierać. I spotykamy się na terapii. Kiedyś nie postrzegało się dzieciństwa jako odrębnego okresu rozwoju. Dziecko było małym dorosłym, musiało pracować i być odpowiedzialne, jak człowiek dorosły. W starszym pokoleniu to jeszcze niekiedy pokutuje i nadal widać echa starego stylu wychowania, że raczej trzeba wytykać błędy niż wspierać. Często to nie wynika z tego, że ludzie nie chcą być ciepli, pomocni, oni po prostu nie wiedzą, jak to zrobić. Widzę jednak pierwsze jaskółki zmian w młodym pokoleniu, które jest coraz bardziej otwarte, świeże, ciepłe, bez ograniczającej skorupy emocjonalnej.

Jest Pani zwolenniczką terapii grupowej. Na czym polega specyfika pracy z grupą?

K.M.: Praca z grupą polega raczej na próbie dostrzeżenia pewnych uniwersalnych prawd o człowieku, niż na rozwiązywaniu problemów każdego z osobna. Na początku mierzymy się z siłą stereotypu. Gdy to przezwyciężymy, możemy iść dalej. Uświadamiamy sobie, że jednocześnie jesteśmy bardzo różni i bardzo podobni. Na tym polega paradoks. W ludziach trzeba szukać punktów wspólnych, które pozwolą nie dziwić się sobą nawzajem. Kiedy zaczynamy siebie szanować – widzieć swoje odrębności przy jednoczesnym podobieństwie – to zaczyna nas to cieszyć, wzbogacać. Przestajemy bać się „być sobą”, a wiele osób deklaruje, że tego się właśnie obawia.

Czy to nie jest tak, że ten stan akceptacji można osiągnąć dopiero w pewnym wieku, mając pewien bagaż doświadczeń? Że to jest trochę poza zasięgiem osób młodych?

K.M.: Młodzi ludzi faktycznie są szalenie niepewni siebie, bo nie wiedzą nawet jeszcze, jacy będą, ciągle są w stanie „stawania się”… ewoluuje chociażby ich ciało. Ale nie ma co czekać na akceptację siebie aż do starości. To jest właśnie zadanie do odrobienia dla nas – starszych, doroślejszych. To my musimy być coraz mądrzejsi wobec tych młodych, musimy im pomagać. Rozwijamy się nie tylko dla siebie, ale też dla reszty świata. Człowiek po to się rodzi, żeby żyć swoim życiem, ale w taki sposób, który wpływa też na innych. I to jest bardzo ważne w kontekście choroby. Ludzie zmagający się z czymś trudnym, często rozwijają się w sposób bardziej świadomy, jeśli tylko zechcą włożyć w to wysiłek, uznają to za wartość. W trudnej sytuacji też jest wybór, czy się położyć i płakać, czy się podnieść i przekuć to na swoją siłę.

Wielu może by chciało, ale nie wie jak, brakuje im motywacji. Co Panią motywuje do działania?

K.M.: Motywuje mnie dużo rzeczy, przyjemność, nagroda, zadowolenie, generalnie – mój dobry stan. Lubię się dobrze czuć, ważne, żeby każdy wiedział, co jest dla niego optymalne, czego potrzebuje, żeby dobrze czuć się sam ze sobą. Nie jest to takie oczywiste, tego też trzeba się nauczyć. Trzeba znaleźć ten punkt, który jest dla nas najlepszy, a można to zrobić metodą prób i błędów, bawiąc się tą nauką o sobie samym. To nic nie kosztuje, ale wiele osób tego nie zrobi, woli narzekać…

Narzekamy na wszystko, bo mamy na co, wszyscy mamy mniejsze lub większe problemy zdrowotne.

K.M.: Choroba bywa rewelacyjnym usprawiedliwieniem. Łatwiej jest nie wkładać w nic wysiłku i uważać, że los pokarał nas nie wiadomo za co, niż wziąć się za siebie, zmierzyć ze swoim życiem. Jestem pokrzywdzony, więc zwalniam siebie z wysiłku i odpowiedzialności – to najprostsze rozwiązanie. Wynika ono z przekonania, że choroba przychodzi z zewnątrz. A to nieprawda. Jest rodzajem naszej wewnętrznej relacji ze sobą. Pokazuje, czego nam brakuje, co mamy dla siebie zrobić. Jeśli człowiek nie ma zasobów, nie widzi, że opłaca się o siebie starać, wówczas choroba jest dla niego wręcz nagrodą, ponieważ dzięki niej ma usprawiedliwienie. A dodatkowo może mieć pretensje do wszystkich, że mają lepiej. Takie osoby są bardzo trudne dla otoczenia. To, że jestem chory, nie oznacza, że mam mieć szczególne prawa i przywileje.

Jednym słowem choroba sama w sobie nie uszlachetnia, jak to się wielu wydaje?

K.M.: Uszlachetnia tylko tych, którzy w jej wyniku stają się szlachetniejsi.

Rozmawiała: Małgorzata Marszałek